Jest to komedia wojenna z 1991 roku w reżyserii Jima Abrahamsa, która parodiuje znane filmy akcji jak "Top Gun", "Tańczący z wilkami", "Dziewięć i pół tygodnia", "Superman". Jest dosyć zabawna pod względem masy nietypowych lub absurdalnych momentów, podczas gdy bohaterowie wykonują dziwne rzeczy z własnym ciałem jak nagrzewanie dłoni za pomocą jej uścisku, czyszczenie jednego ucha przez drugie albo przytrafiają im się wszelkiego rodzaju wpadki. Z kolei takie elementy można by przypisać kreskówce dla dzieci typu "Zwariowane melodie". Ale to nie wszystko. Pojawia się oprócz tego humor słowny, gdzie możemy usłyszeć równie genialne teksty w trakcie dialogów. Z racji tego widzę, że pomysł na fabułę był całkiem dobry i dzięki tej kwestii film spodobał mi się, a przecież lubię się śmiać, zwłaszcza gdy dana historia stanowi parodię jakiejś innej produkcji. Dwa lata później powstała kontynuacja, w której Charlie Sheen poprzez swoją grę aktorską nawiązuje do filmu "Rambo".
Tą część akurat obejrzałem ostatnio i rozbawiła mnie praktycznie tak samo, jak poprzednia. Jeśli film faktycznie jest dobry i ma gwarantować zabawę, to powinien wciągać od pierwszej sceny. I tak też jest w przypadku "Hot Shots!". Mamy właśnie do czynienia z wątkami kilku wcześniejszych filmów, które są na pewien sposób dośmieszane. Pada nawet nawiązanie do jasnowłosej dziewczynki i trzech misiów, której rolę z kolei "przejmuje" bohater części drugiej i ma stawić czoło swoim przeciwnikom, którymi są te misie. Słowem: Naprawdę warto obejrzeć. A jak mam podzielić się swoją ogólną refleksją to widzę, że w tamtych czasach powstawały świetne filmy, do których z miłą chęcią się powraca. Zatem cieszę się, że miałem przyjemność poznać właśnie taki film jak ten oraz liczę na to, że tego typu produkcje trafią do dużej ilości odbiorców, którzy wręcz będą je uwielbiać, a ci, co znają jakieś inne nie przestaną ich lubić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz